sobota, 5 grudnia 2009

Zabawy

Dziękuję za słowa otuchy :] Pomogło mi trochę i wzięłam się za Effie. Tym bardziej, że mam już kolejne pomysły i projekty, a nie lubię mieć rozgrzebanych kilku dziergadeł na raz. (Co prawda od baaaaaardzo dawna mam rozbabrany jeden projekt, którego skończyć nie mogę. Mimo że sam wzór jest prosty. Na szczęście mam dobrą wymówkę: druty na jakich robię są plastikowe, i fatalnie mi się na nich robi, bo obcierają ręce. W takich warunkach dzierganie jest katorgą a nie przyjemnością. Jak w końcu kupię lepsze druty to dokończę ;))

Jakiś czas temu pożyczyłam od Marwalen (dziergaczka z Białegostoku, którą poznałam w czerwcu na publicznym dzierganiu) wool windera :D:D Zabawy mam co nie miara. Najpierw przewinęłam alpakę, potem wełnę z motków, potem jakieś dziwactwa, które miałam w zapasach, potem wzięłam się za prucie (które ze zwijarką przestaje być katorgą). A ostatnio odkryłam, że prostowanie włóczki nie musi być takie męczące jeśli najpierw się ją zwinie w luźne kłębki, wsadzi do sokownika (sposób opisywany przez Kath) i przewinie na ściślejsze. Żyć nie umierać ;)


Skończyłam Quincy. Trudno mi jest powiedzieć czy jestem zadowolona z tego projektu czy nie. Osobiście nie podoba mi się ten model, i sobie bym takiej czapki nie zrobiła. Sam wzór jest dość przyjemny. Czapka ma ciekawą konstrukcję i świetny pomysł na brzeg. Na razie zdjęcia bez wkładki, bo czapka do właścicielki powędruje dopiero w poniedziałek.

środa, 2 grudnia 2009

Zaległości

Włóczkowych zaległości mam mnóstwo. Leśna Effie dalej jest w lesie. Troszeczkę się, co prawda, z niego wygrzebała, ale nie wiele. Zaczęłam już rozcięcie ale w ogóle nie rozumiem Kim H. Nie podoba mi się w jaki sposób jak pisze wzory. Korzystałam już z innych anglojęzycznych wzorów i raczej nie miałam problemów, a tutaj co zdanie to nie mam pojęcia o co chodzi. Co chwila z moimi durnymi problemami dręczę Truscaveczkę. Na szczęście jeszcze mnie nie pogoniła ;)


Muszę się przyznać, że zaczyna mnie nudzić ten projekt i tracę do niego serce. Dobija mnie grubość włóczki, i nie będę się zarzekać, że już nigdy więcej, ale na razie mam serdecznie dość takich cienizn. W związku z tym w ramach odpoczęcia od Effie machnę czapkę koleżance, która uszyła mi pas do granatowego stroju (pierwsze zdjęcie w poprzednim poście). Z kilkunastu propozycji A. wybrała Quincy Jareda Flood'a. Nie posiadam co prawda wzoru, będę improwizować. Oczywiście nie obyło się bez pomocy Truscaveczki, która w najbliższym czasie pewnie zablokuje mnie na gg i przestanie odbierać moje telefony ;) Zaćmienia mózgu dostałam przy fragmencie z brzeżnym I-cordem. Na forum gazetowym jedna z dziewczyn dokładnie opisała jak zrobić to ustrojstwo, ale mój mózg nie był w stanie zrozumieć o co chodzi. Na szczęście olśniło mnie ;) Zresztą jest to całkiem fajny sposób na brzeg. Pewnie jeszcze kiedyś skorzystam z tego sposobu.

sobota, 28 listopada 2009

Hafla

Hafla - przyjęcie lub impreza z tańcem arabskim. Może mieć charakter prywatny, gdy organizowana jest przez tancerkę dla przyjaciół, lub bardziej oficjalny i publiczny, a nawet przekształcić się w festiwal tańca orientalnego. Na hafli tancerki kolejno występują z popisami solowymi do muzyki granej przez zespół albo odtwarzanej z płyt, częste też są występy grupowe, nierzadko improwizowane. Również pozostali uczestnicy imprezy mają okazję, aby wstać i pobawić się do muzyki środkowowschodniej.


W piątek 20.11 odbyła się zapowiadana impreza orientalna. Niesamowite emocje, cudowne tancerki, fantastyczne występy! Kto nie był, niech żałuje ;) Nie będę tutaj streszczać i dawać sprawozdania z całego show. Pooglądajcie sobie zdjęcia:Mój solowy występ. Zdjęcie Wojtka Zalewskiego

Grupa Ishtarowa.

ATS'ujemy.

Reszta tutaj.
Tutaj zdjęcia autorstwa Wojciecha Zalewskiego.

Na koniec smaczek: Jamilah

i moje plemię: Belladonna Tribe po raz pierwszy na scenie.

czwartek, 26 listopada 2009

Wkurzam się

Kilka dni temu na mojej uczelni rozeszła się wiadomość, że w LEPie wypadliśmy najgorzej. Zebrały się ważne głowy i obradowały na ten temat. Jeszcze nie wiemy, co mądrego wymyślili, ale na pewno nie będzie to nic miłego. Kiedy na stomatologii była podobna sytuacja, to zaczęli im stawiać dwóje od góry do dołu. Nie wiem co ma to na celu, ale na pewno nie mobilizację studenta. Denerwuje mnie wiele rzeczy na mojej uczelni:


- to, że anglojęzyczni są traktowani jak lepszy gatunek studenta. (Scenka rodzajowa: mamy seminarium, które ma trwać od 9:30 do 11:30. O 10:30 prowadzący przerywa i mówi: na dziś skończymy, bo zaraz zajęcia mają anglojęzyczni i musimy im udostępnić salę. Inna sytuacja: Jak wszędzie są lepsi i gorsi asystenci. Zazwyczaj Ci lepsi znają angielski a Ci gorsi nie, więc wiadomo z kim my mamy zajęcia a z kim anglojęzyczni.)

- inną sprawą są wykłady, które są ..... obowiązkowe! I generalnie można by było to przełknąć, ale większość wykładów jest po prostu nudna, albo żywcem zerżnięta z książek (które mogę sobie czytać w domu). Wykładowcy w zdecydowanej większości nie chcą udostępniać materiałów. Zasłaniają się prawami autorskimi. Utkwiła mi w pamięci jedna pani profesor, która właśnie tak krzyczała na delikwenta, który pokątnie robił zdjęcia. Jest jeden mały szkopuł, akurat te wykłady były przepisane z książki... kogoś innego. Prawa autorskie? My wcale nie musimy dostawać prezentacji, można przecież zrobić wydruk materiałów. Jakoś na innych uczelniach nie ma takiego problemu, prowadzący przesyłają na maila materiały wykładowe.

- czasem się zdarza, że nawet podręcznika nie mamy konkretnego poleconego. A na jakiekolwiek pytania jest odpowiedz: "Proszę Państwa, to sa studia. Smakujcie studiowanie. Znajdujcie sobie sami wiadomości." Krew człowieka może zalać. Jak mam "smakować studiowanie" jak siedzę na wykładach do szabanastej, po powrocie do domu padam na pysk. Największym marzeniem jest znalezienie się w łóżku, ale przecież trzeba się przygotować na zajęcia na następny dzień. W takim wypadku biblioteka jest baaaaaaaardzo nie po drodze. A skrypty też są rzadkością, przynajmniej na mojej uczelni.

- same zajęcia też pozostawiają wiele do życzenia. Nieliczni asystenci wyznają zasadę: uczę tak, jakbym chciał być w przyszłości leczony. Wolę mieć zajęcia z lekarzem, który jest wymagający, ale przykładającym się do zajęć ze studentami, który dużo tłumaczy, pokazuje, pozwala zadawać pytania, konstruktywnie krytykuje, jest słowny, nie wyśmiewa, nie ucieka przed nami. Ideał, czyż nie? Wydaje się nie do osiągnięcia a jednak na mojej drodze spotkałam takich. Niestety policzyć ich można na palcach jednej dłoni.

- z ciekawostek: na V roku są osoby, które nie wiedzą dlaczego leukocyty są w rozmazie krwi, które rozpoznają zespół metaboliczny po obecności trądziku. To nie były pojedyncze wpadki, które się zdarzają każdemu, bo można się nie nauczyć z różnych powodów, ale są to ewenementy, które chyłkiem przemkną przez studia, uda im się zaliczyć, bo zazwyczaj ściągną, oszukają, nakłamią. I im się uda. A potem wychodzą kwiatki...

Jeszcze wiele innych rzeczy, ale już się tak bardzo zezłościłam, że nie mogę więcej pisać.

Ps. A teraz czekamy aż ktoś z uczelni to przeczyta i zostanę wyrzucona ;)
Pps. Długo mnie nie było, ale przygotowywałam się do Hafli. Układałam choreografię, szyłam kostium, ćwiczyłam. No i jeszcze musiałam chodzić na zajęcia ;) Drutowe relacje w następnych postach.

czwartek, 5 listopada 2009

Wieczór tańca brzucha w Białymstoku

Wszytsko jest napisane na plakacie, więc nic nie trzeba dodawać ;)